wtorek, 23 sierpnia 2016

Jestem z Małym na wsi u mojej przyjaciółki. Rozmawiamy na Skype z jej mężem, który od 4 miesięcy pracuje za granicą.

- Co tam Mały u Ciebie? - pyta wujek - pewnie tęsknisz już za szkołą?

- Tak! - odpowiada Mały. - Dawno tam nie byłem i przez to czuję się głupszy!

;-)

poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Zeszłoroczne Święta Wielkanocne były dla nas bardzo znaczące, ponieważ 15 letni wówczas Duży, napisał swoje pierwsze, całkowicie samodzielne wypracowanie. Stękał, jęczał, że nie umie, bo jako Asperger, nie potrafi "lać wody", a na temat wypracowania "Jak spędziłem Wielkanoc", napisał jedno zdanie, z konkretną odpowiedzią na pytanie... Powiedziałam mu wtedy, żeby zaczął od prostego zdania: Wstałem o 8 rano. I dodał do niego różne okoliczności, które towarzyszyły temu wydarzeniu, np jaka była pogoda, czy wszyscy już wstali itp. Z jego wysiłków powstał taki oto tekst:

 

"Moja Wielkanoc, nie potoczyła się w jakiś ciekawy sposób, ale i tak muszę to opisać. 
Kiedy wstałem rano w Sobotę Wielkanocną, to zszedłem z łóżka i wyjrzałem przez okno. Oszołomiło mnie. Widziałem płatki śniegu lecące na ziemię.
Mimo, że ten fakt mnie zdziwił, to od razu mi przeszło. 
Poszedłem zjeść śniadanie, ale kiedy spojrzałem na stół zobaczyłem przekrojone jajka na twardo na talerzu, a obok niego jeszcze większy talerz na którym była szynka, polędwica i kilka innych wyrobów mięsnych.
Na ostatnim talerzu znajdował się chleb, a obok talerza stała maselniczka.
Dostałem na mój talerz kilka kromek chleba, i masło żebym mógł posmarować nim tę kromkę. Natomiast zamiast tego obgryzłem tę kromkę i byłem najedzony. Po zjedzonym śniadaniu mieliśmy za kilka godzin pójść do babci i dziadka, ale w międzyczasie musiałem się uczyć. Uczyłem się głównie historii.
Cały czas miałem w głowie obraz starożytnej Ameryki, a w niej Inków i Majów. Nawet nie wiecie jaki byłem rozzłoszczony, kiedy po przyjściu do szkoły okazało się, że ten przedmiot zaliczam za tydzień, ale to już inna historia. Mijały godziny, ja wpatrzony w książkę od dłuższego czasu postanowiłem wstać i odpocząć, do tego celu wziąłem do ręki tablet i poświęciłem resztę czasu na naukę tworzenia animacji w drugim wymiarze, czyli inaczej „kreskówek”, albo „seriali animowanych”, jak kto woli.
Kiedy przyszła już pora na szykowanie się do wyjścia, odłożyłem tablet i pomknąłem w stronę ubrań. Założyłem czarne spodnie i dość dobrze wyglądającą koszulkę (nienawidzę koszul!!!!!!!).
Pogłaskałem jednego z moich trzech kotów, który jest jednocześnie moim ulubieńcem, a on rozanielony zamruczał. Kiedy poszedłem jeszczę w stronę kuchni żeby się upewnić że wszystko jest dobrze, ten kot runął z kanapy na której leżał i biegł w moją stronę, a on do chudych nie należy więc taszczył swoje grube ciało, ale był tak szybki że zanim ja zdążyłem zamknąć kuchnię, to kot już był z nosem w misce.
Po zjeździe windą, i otworzeniu drzwi, ruszyliśmy żwawym krokiem w stronę domu babci i dziadka.
Nie mieliśmy daleko bo Babcia i Dziadek mieszkają w bloku naprzeciwko.
Mijaliśmy wielkie kałuże i przeprawialiśmy się przez wielkie chmury śniegu.
Kiedy dotarliśmy na miejsce, Babcia i Dziadek nas przywitali i pokazali nam nasze miejsca przy stole.
Na stole w mgnieniu oka pojawiły się miski z barszczem, ja barszczu nie jadam, ponieważ go nie lubię.
Po tym jak rodzice skończyli jeść barszcz, wszyscy dostali kotlety z młodymi ziemniakami. Po otrzymaniu talerza z jedzeniem zacząłem jeść.
To co przygotowała Babcia było wspaniałe, ale po zjedzeniu trzeciego kotleta miałem już dość. Po tym daniu Babcia przyniosła roladę i ciasto kakaowe z jakimś kremem. No i mimo, że myślałem że jestem najedzony, okazało się że zjadłem cztery kawałki ciasta kakaowego.
Kiedy usiadłem na fotelu i myślałem że odpocznę, to Babcia wstała od stołu i wręczyła nam dużo czekoladowych zwierząt i upominek w postaci pieniędzy. Przez resztę czasu siedziałem i rozmawiałem z tatą i dziadkiem na różne tematy, a babcia robiła zdjęcia. Widać było że Babcia i Dziadek cieszą się z naszego przyjścia, byli po prostu przeszczęśliwi kiedy się zobaczyliśmy.
Z pełnymi żołądkami wróciliśmy do domu, gdzie koty nas bardzo gorąco przywitały. Dostałem od mamy upominek, co jeszcze bardziej zwiększyło moją radość.
Po zakończonej aferze, usiadłem w końcu do komputera, aby pograć, oraz w celu przetestowania nabytej dzisiaj wiedzy o animacjach w drugim wymiarze.
Jeszcze przez długi czas rozmyślałem o tym dniu: o tym jak Dziadkowie ucieszyli się jna mój widok, o upominkach, o rozanielonych kotach, oraz o tym jak się męczyłem z nauczeniem do sprawdzianu z historii.
Siedziałem tak do drugiej w nocy w zaciszu, aż pogrążyłem się w sen. Śniłem o tym co się dzisiaj wydarzyło, bo przecież tego dnia nie dało się zapomnieć."

Oglądamy "Przyjaciół". Scena, w której Rachel pyta Bruce'a Willisa o to, czy sam wychował dziecko po śmierci swojej żony, tuż po porodzie.
- Mama, czy to możliwe, że mama tej dziewczyny odeszła zaraz po porodzie? - pyta Duży.
- Może miała jakieś komplikacje, albo była chora.. Tak, możliwe. - odpowiadam.
- A może być tak, że umrze mama albo dziecko?
- Tak się zdarza. - mówię zgodnie z prawdą, ale staram się nie wdawać w szczegóły.
- To ja bym wolał, żeby zmarło dziecko. Ma mniej do stracenia. A właściwie to nic.
I tu już nie umiałam nic odpowiedzieć, bo dla mnie to nie takie oczywiste.. Chociaż czasem chciałabym tak umieć oceniać na zimno i bez emocji.

czwartek, 18 sierpnia 2016

Mam na imię Katarzyna i JESTEM. Oddycham, mówię, spotykam się ze znajomymi, kicham, jem, chodzę i robię wszystkie inne rzeczy, które wykonują ludzie na co dzień. Oprócz tego jestem również mamą dwóch chłopców z zaburzeniami ze spektrum autyzmu, szesnastoletniego Dużego z Zespołem Aspergera (ZA, AS) i prawie dwunastoletniego Małego z autyzmem dziecięcym (HFA). Jestem też żoną prawie czterdziestoletniego M, również z Zespołem Aspergera. Żyje nam się dobrze, mimo tego, że bywa ciężko. Oprócz autyzmu, mamy trzy koty. Dachowce. Łatka, Marcelka i Tosię. Łatek jest z nami najdłużej. Kochamy go miłością szczerą, ponieważ jest bardzo wdzięcznym stworzeniem. Marceli jest autystą, a Tośka kocha mizianki. Może nie napiszę nic, czego już nie wiadomo, ale KOT TO NIE PIES! Wiadomo, że różnią się wyglądem, co widać na pierwszy rzut oka, ale najbardziej różnią się zachowaniem. Psy są spontaniczne, kochają nas bezgranicznie i zawsze, są gotowe do zabawy w każdej chwili, przychodzą na wezwanie i mają miękkie języki. A koty... Łażą własnymi drogami, zauważają nas tylko, kiedy są głodne, można na nie "kiciać" bez końca, ale jeśli robi się to w niewłaściwym czasie, to nic z tego. Nie przyjdą. Nawet nie zaszczycą "kiciającego" spojrzeniem. Języki mają ostre jak szpileczki i jak poliżą to nie zostawiają mokrego śladu. Patrzą przed siebie niewidzącym wzrokiem, powodującym ciary u współmieszkańcow (tak, tak, kotów się nie posiada. Z kotami się mieszka.) Albo godzinami polują na niewidzialne muchy. Czasem przynoszą do domu łupy w postaci myszy, chrabąszczy, jaszczurek. Ale! Nikt nie mruczy tak cudownie, jak kot! Nie kręci ósemek między torbami, kiedy wracamy z zakupami do domu. Pies szczeka, hałasuje, skacze, liże jak wściekły, kot ZASZCZYCA nas swoją uwagą. Buszuje wsród toreb, uważnie wyławiając torebki z karmą, podczas gdy psiak rzuca się na wszystko co pachnie kiełbasą, bo akurat koło niej leżało w torbie i przeszło zapachem ;) Koty wychowywane na karmie kociej, nie wiedzą co robić z tzw. ludzkim jedzeniem. Moje najpierw wąchają, potem nieśmiało szturchają łapką, żeby na koniec porzucić plasterek gdzieś na środku kuchni i zapatrzeć się na mnie wyczekująco: "no dobra, zabawa była fajna, teraz dawaj jeść". Nocą cudownie ogrzewają plecy, stopy i inne części ciała, dopóki coś im nie odwali i nie zerwią się na równe łapy, żeby pobiegać po mieszkaniu bez celu, pomiauczeć głośno, żeby wszyscy usłyszeli i wstali, bo kot chce zjeść i ma życzenie, żeby go w tym czasie głaskać (tak właśnie było ostatniej nocy..). A kiedy my się już wybudzimy, zabieramy się do głaskania, kot zmienia zdanie i smacznie zasypia na górnej półce drapaka. A my leżymy dwie godziny z oczami utkwionymi w suficie i obmyślamy nowe notki na bloga... Marceli czasem biega po ścianach. Urządza sobie taki Matrix. Rozpędza się w pokoju, biegnie do kuchni, gdzie wskakuje na ścianę i zasuwa po niej kawałek, po to aby zawrócić do pokoju i całą lataninę rozpocząć od nowa... Wszyscy MY, kochamy nasze koty. Są cudownymi towarzyszami smutków i radości naszych dzieci. Lekarstwem na migrenę, na ból kręgosłupa, na doła. Są KOTAMI.

Po co to wszystko napisałam? Ano zaraz wyjaśnię. Czy czytając chociaż część zachowań kocich, nie poczuliście, że to coś znajomego? Kiedyś trafiłam na książeczkę pt: "Wszystkie koty mają Zespół Aspergera". No i... mają! Zupełnie jak autystyczne dzieci, zapatrujące się na coś, co je interesuje, wyłączające się z życia... Mówisz do nich, wołasz i nic. Jedzą mocno wybiórczo, tylko to, co im pasuje. Daję im coś nowego, obejrzą powąchają, odłożą. Proszą o tosty, które jedliby na śniadanie obiad i kolację.. Siedzą spokojnie, aby za chwilę zerwać się i wpaść w szał.. Biegają, trzepoczą, krzyczą.. W nocy potrafią sprzedać kopa przez sen. Uszczypnąć, ugryźć, podrapać, kiedy czują się zagrożone. Z toreb zakupowych bezbłędnie wyławiają słodycze, które kupione zostały na cały tydzień, z zamiarem schowania ich do szafki (hahaha, tiaaa...). Za chwilę przychodzą się przytulić, pragną głaskania, docisku lub drapania po plecach. Godzinami mogą bawić się jedną piłką... A jak mają kota, to bawią się razem! ;) I tak właśnie dziś w nocy wymyśliłam, kiedy to właśnie Łatek zapragnął mojego towarzystwa przy misce, a kiedy już zasnął, wstał Mały, żeby mi powiedzieć, że wstał i nie może zasnąć, że autyzm i koty, to jedno i to samo ;)

Wniosek z tego taki, że każda autystyczna rodzina powinna mieć kota... Nie zajmie wiele czasu wzajemne poznanie się i zaakceptowanie swoich nawyków, ponieważ są one identyczne.. Nie mam nic przeciwko psom, kocham je i może kiedyś nawet znowu w domu zamieszka z nami pies, ale póki co, koty są jedynymi stworzeniami, które się z nami asymilują. Pozdrawiam wszystkich kociarzy (autystycznych i nie), a niekociarzy zapraszam do zawierania bliższych znajomości z kotami i zażycia chociaż trochę felinoterapii. Życie od razu staje się łatwiejsze ;)

niedziela, 14 sierpnia 2016

- Tato, lewizna mnie boli! - zakomunikował Mały tacie, podczas łowów Pokemonowych.

- Co to jest lewizna - tata nie bardzo zrozumiał co też Mały ma na myśli.

- Lewizna to nie prawizna. Nie można nazwać lewizny prawizną. Więc mnie boli lewizna. - wyjaśnił Mały.

A bolała go lewa noga, co się okazało w późniejszym wywiadzie.

;-)

Oprócz bólu lewizny, Mały walnął jeszcze wykład o tym, że na polskim rynku niewiele jest proszków, które dopierają pranie, Vizir NIE dopiera!

Powroty z wakacji bywają ciężkie do ogarnięcia ;-) Wysiadła nam kablówka, koty lekko zdziczały, dopiero wracają pomału do formy, ja wstałam o 12.30 i nie mam siły ruszyć ręką ani nogą, Duży od wczoraj siedzi z nosem w kompie (z krótką przerwą na sen), a Mały mówi. Dużo. Kto wie czego się jeszcze dziś dowiemy..

;-)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 33
O autorze
Tagi
Napisz do mnie: dr.fly@gazeta.pl

Prosimy o 1% dla chłopców :)
hosting
hosting